Pn05212012

Last update04:49:07

Back Jesteś tutaj: Home Wasza strefa Archiwum Nr 05, 16.01.2012 Na śmierć i życie. Rejs na Flores.

Na śmierć i życie. Rejs na Flores.

Czterodniowa wyprawa wzdłuż wybrzeży Sumbawy na wyspę Komodo i Flores okazała się niezapomnianym przeżyciem. Nigdy wcześniej tyle razy nie zastanawiałam się czy zginę

Agnieszka Zawistowska


Łajba, na którą wchodzimy nie ma nic wspólnego z tymi, które widziałyśmy w folderze. Nie mamy co liczyć na umywalkę w toalecie, a co dopiero na prysznic. Sypialnia znajduje się na pięterku wykonanym z dykty, które przykrywa plastikowa plandeka. No, trudno. To tylko cztery dni. Damy radę.

Na szczęście dopisuje nam pogoda. Siadamy na burcie podziwiając mijane wyspy i akrobacje delfinów. Dowiadujemy się więcej o współpasażerach. Niektórzy znaleźli się na rejsie przypadkiem, niektórzy chcieli obejrzeć niezwykłe podwodne okazy, jeszcze inni wymyślili sobie ciekawy środek transportu na wyspę Flores. Słucham opowieści o Japonii, Malezji, Indiach i nabieram apetytu na kolejną podróż. Cumujemy u wybrzeży Gili Boa. Wieczór upływa w sympatycznej atmosferze. Zmęczone kładziemy się wcześniej spać.

Na wulkanie, ale nie u księżnej
Przed siódmą budzi nas ryk silnika. Reszta ekipy jeszcze śpi. Po śniadaniu kotwiczymy nieopodal wyspy Moyo, gdzie wypoczywała księżna Diana. Czas na snorkeling. Pytam, dlaczego nie podpływamy do wyspy. Bo turyści z zewnątrz nie mają na nią wstępu, jeśli nie są gośćmi jednego z hoteli. Jestem rozczarowana. Wiem, że nic nie wskóram, powołując się na umowę z agentem.

Kolejny przystanek to niewielka, bezludna Satonda, która okazuje się wulkanem. Idąc w głąb wyspy docieramy do kaldery, w której znajduje się słone jezioro, otoczone wąskim pasmem brzegu. Z zainteresowaniem przyglądamy się drzewom, na których wiszą przewiązane tasiemkami kamyki. Mieszkańcy pobliskich wysp wierzą, że ozdabiając gałęzie kamykami zapewnią sobie szczęście, a ich marzenia - wypowiedziane przy jeziorze - zostaną spełnione. Żeby jednak dobra passa trwała, należy się tutaj pojawiać co rok. Przesądnie nie zawieszam kamienia.

Popołudnie upływa nam na leniuchowaniu i rozmowach. Najlepszy kontakt łapiemy z Niemcami - Gabi i Tinem, którzy pracują na statku wycieczkowym. Tino jest szefem kuchni trzech restauracji. O tym, że zostanie kucharzem, zdecydował gdy miał 14 lat. Jego matka gotowała same „nudne” potrawy, więc pewnego dnia, pokazując jej przepis w prasie kobiecej zapytał – dlaczego nie zrobisz tego? Odpowiedziała mu tym samym. Poprosił, by kupiła składniki a on to danie przyrządzi. I tak odnalazł swoje powołanie.

 

Ale ja nie chcę umierać!
Nagle w nocy budzi mnie szalone kołysanie. Cała przesuwałam się w tył i przód. Zaczynam się bać. Podobnie Z. Obie jesteśmy na skraju histerii. Trzymamy się za ręce. Gabi i Tino przekonują nas, że nie jest jeszcze najgorzej. Nie słucham. Mam ochotę zwymiotować. Nie mogę znieść tego bujania i myśli, że jeśli łajba się wywróci, nie będę miała żadnych szans wydostania się z górnego pokładu. Schodząc na dół po drabince, tracę równowagę. Gdyby nie jeden z chłopaków z załogi, wylądowałabym za burtą.

Większość już jest na pokładzie. Z trudem utrzymuję równowagę łapiąc się wszystkiego, co znajduję na drodze. Siadam obok Grega, młodego Amerykanina, który robi wszystko, żebym przestała myśleć o tej sytuacji. Ale nie potrafię. Leje, a fale stają się coraz większe. Co parę minut kolejna błyskawica rozświetla niebo. Płyniemy w burzy przez kilkadziesiąt minut. Ręka Grega musi już być sina, ale nie przestaję jej zaciskać. Pyta, czy poczuję się lepiej mając na sobie kamizelkę ratunkową. Kiwam tylko głową, bo nie jestem w stanie wypowiedzieć jednego słowa. Greg zdobywa wreszcie jedną kamizelkę. Próbuje mi ją zapiąć, ale to na nic. Tasiemki są uszkodzone. Powtarzam sobie tylko, że muszę zachować spokój. Kamizelka, nawet uszkodzona, jest lepsza niż żadna. Cały czas jednak myślę - ta łódka tego przecież nie wytrzyma! Fale bujają nami okrutnie. Łajba co i rusz przechyla się to w jedną, to drugą stronę, w górę i w dół. Fale wlewają się na pokład. Co gorsza - widzę, że załoga jest kompletnie bezradna. Chowają się do kokpitu, rozkładają ręce, sami nie wiedzą, gdzie teraz jesteśmy. Mokrzy, zziębnięci, niespokojni trwamy tak parę godzin. Wreszcie fale nieco się uspokajają. Postanawiamy wrócić na górę.
Rano wszyscy jesteśmy bladzi, niewyspani, półprzytomni. Gdy dopływamy do wyspy Laba, tylko najwięksi entuzjaści decydują się na snorkeling. Reszta nadal odsypia noc grozy.

Z wizytą u potomków dinozaurów
Po południu dobijamy na Komodo. Tam zostajemy poinformowani, że za każdy wniesiony aparat musimy zapłacić 50 tys. rupii. Buntujemy się, co szczerze dziwi nadzorców parku. Podejrzewam, że nieczęsto się to zdarza. Po telefonie do agencji Abdula niechętnie, ale wpuszczają nas bez dodatkowych opłat.

Przewodnik, wyposażony w drewniane widły, tłumaczy nam zasady bezpiecznego poruszania się po parku. Idziemy zwartą grupą, zachowujemy się cicho i - co najważniejsze - nie zbliżamy się do waranów i nie próbujemy ich dotykać. Gady, choć na takie nie wyglądają, są bardzo zwinne i całkiem szybko się poruszają. Tu przewodnik – na przestrogę - opowiada anegdotę o szwajcarskim turyście Rudolfie, który na chwilę odłączył się od grupy. Zostały po nim jedynie kapelusz i aparat.

Park piękny, a smoki pojawiające się na naszej drodze wyglądają jak z innej bajki. Na Komodo żyje ich blisko 1300. Okazuje się, że mają trzy gałki oczne - trzecia znajduje się na czubku głowy warana i jest w stanie ciągłego czuwania. I tu kolejna ciekawostka – smoki mają dwa członki, których używają na zmianę – jeden dłuższy i drugi krótszy „agresywny”, dzięki któremu waran może „zaczepić się” w samicy podczas stosunku.

Na łajbę wracamy w towarzystwie kurczaków wyraźnie niezadowolonych z sytuacji, w której się znalazły. Im też na pewno przyszła do głowy myśl, że to ostatnia podróż w ich życiu. W przeciwieństwie do nas, kurczaki się nie myliły.
Następnego dnia odwiedzamy wyspę Rinca, która jest znacznie mniejsza od Komodo, choć żyje na niej prawie tyle samo smoków. Przewodnik proponuje nam kilka szlaków. Decydujemy się na ten krótszy. Po drodze mijamy kolejne szkielety, niektóre imponujących rozmiarów. Zastanawiamy się jak zwierzę wielkości bawoła błotnego może paść ofiarą smoka. Przewodnik tłumaczy, że gady zakradają się do ofiary od tyłu i kąsają. Jad, który dostaje się wraz z ukąszeniem do organizmu ofiary nie od razu ją zabija. Może się to zdarzyć nawet kilka dni po ataku - ofiara ginie w wyniku infekcji bakteriami znajdującymi się w ślinie waranów.


I wreszcie ląd
Z. znowu czuje się gorzej. Angażuję całą załogę próbując dodzwonić się do Abdula, żeby zamienić powrót autobusem na samolot. Nie mam szczęścia. I wtedy też dowiaduję się, że zapłaciłyśmy za rejs po 50 dolarów więcej niż reszta wycieczki. Postanawiam jednak wyjaśnić to później. W porcie proszę jednego z chłopaków z załogi, żeby nam pomógł odnaleźć Biuro Informacji Turystycznej. Angielki znikają z biletami na autobus do Lomboku, za które nie zapłaciły. Jak się okaże później - naszymi biletami.

I stoimy tak z plecakami przed zamkniętym biurem informacji turystycznej w Labuanbajo na Flores. I trafia mnie szlag. Z. znowu blada. Chłopiec z łajby wygląda na takiego, który chciałby pomóc, ale ja już przestaję w to wierzyć. Pytam, gdzie jest mój voucher na przejazd busem. Chłopak jest zdezorientowany, myślał, że chcemy wracać samolotem. Obiecuje wykonać kilka telefonów. Umawiamy się na siódmą w recepcji hotelu. Odchodzi uśmiechnięty i już wiem, że nie przyjdzie. Pozostaje mi tylko nękanie Abdula….

Wdrapujemy się przez kilka dobrych minut do bungalowu w hotelu Gardenia (200 tys./doba). Liczba schodów jest niemożliwa! Na szczęście mój plecak waży jedyne 7 kg. Zmęczenie mija, gdy wreszcie wchodzę pod prysznic. Już nawet zimna woda mi nie przeszkadza. Jestem zadowolona, że wreszcie jestem na lądzie. Zapominam o schodach. Przypomnę sobie o nich później wielokrotnie. Pierwszy raz po godzinie, gdy robię się głodna, a po drodze widziałam szyld włoskiej knajpy! Jak byłoby miło zjeść wreszcie coś innego niż ryż.

Namawiam Niemców na wspólną kolację. Zostawiam Z. półprzytomną w pokoju, obiecując, że niebawem wrócę z prowiantem. Gabi widząc kawiarenkę internetową naprzeciwko hotelu decyduje się napisać do matki. Ja zostaję na zewnątrz i zapalam papierosa. Trzech chłopaków na skuterach przygląda mi się bacznie. Już mnie to nie krępuje, po chwili przestaję zwracać na to uwagę. Siadam na jednym z dwóch pieńków przed kafejką.
Good idea, słyszę męski głos. Po chwili siedzi obok mnie, z telefonem w ręku, anglojęzyczny turysta. Uśmiecham się, ale nie jestem w nastroju do nawiązywania kolejnych znajomości. Francuzka? – pyta nadal patrząc w telefon. Nieśmiertelny facebook bije z ekranu Iphone’a. Polka – odpowiadam. Odkłada telefon z zainteresowaniem. A jednak ta rozmowa się odbędzie… Po trzech minutach wiem, że ma na imię Drew i podróżuje na vespie od marca – wtedy wyruszył z rodzinnego Adelaide, jego celem jest Londyn. Po kolejnych dwóch, umawiamy się na kolację.

MadeInItaly – zdecydowanie tak!
Siadam przy dużym stole. Zapach pomidorów, przypraw i pieczonego sera przyprawia mnie o zawrót głowy. Widzę, że twój kolega na nas nie poczekał, mówię do Drew wskazując chłopaka siedzącego naprzeciwko i wcinającego pizzę. Nie znam go, odpowiada swobodnie mój kompan. To prawda, widzę go pierwszy raz w życiu, potwierdza ten z naprzeciwka. I tak poznajemy Daniela.

Zamawiam gin z tonikiem, który chodził za mną od przyjazdu. Kupmy ten gin – namawiałam Z. na lotnisku w Amsterdamie. Teraz? Po co? – pytała. Żałowałam, bo potem już nie było możliwości kupienia innego alkoholu w sklepie niż tylko piwo.
Gdy wreszcie dostaję swoją pizzę (ok. 70 tys. rupii), cała się rozpływam. Lepszej nie jadłam nawet w Neapolu! Staram się jeść powoli, choć najchętniej połknęłabym ją w całości. Proszę kelnerkę o oliwę do pizzy i tym zyskuję zainteresowanie szefa kuchni i właściciela MadeInItaly – Marco. To młody Włoch, który przyjechał tu cztery lata temu z Florencji. Miejsce go urzekło, nauczył się języka i założył knajpę. Ucinam sobie z nim pogawędkę kulinarną, głównie na temat oliw smakowych. Komplementuję jedzenie, wystrój i atmosferę. Marco proponuje deser na koszt firmy. Decyduję się na tiramisu.

Gabi i Tino znikają po kolacji. Ja nie chcę spać. Świetnie się bawię. Zostaję z chłopakami. To zabawne, że jeszcze parę godzin temu nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu, a teraz czujemy się jak starzy znajomi. Rozmawiamy o podróżach, przygodach, marzeniach. Zarówno Daniel, jak i Drew, przemierzają drogi jednośladami. Licytują się obrażeniami, jazdą w deszczu, zepsutymi na pustkowiu w środku nocy maszynami. I wtedy opowiadam o rejsie. Wygrywam.

 

Zaadoptuj mnie !

Zaadoptuj mnie !

Reklama

  • image